Skip to content

2 roboty gadające do siebie

Obejrzałem filmik zamieszczony przez Michała Brzezińskiego https://mindwarepl.wordpress.com/2011/09/17/mala-inspiracja-do-podjecia-dyskusji-na-temat-zycia-w-kontekscie-mediow-w-innym-kontekscie/

Homo ex machina. Ale jakoś mi się nie chce wierzyć, że była to spontaniczna rozmowa robotów, nie zaprogramowana czy nie inspirowana w jakiś sposób podczas jej trwania… Czy ktoś coś wie na ten temat?

Reklamy

Post-projektowe refleksje

Piszę tekst dla Piotra Celińskiego do jego książki nt. mindware’u. W tym celu sięgnąłem do dorobku niniejszego blogu i muszę stwierdzić, że czas jest dla niego łaskawy: odwaliliśmy/ście kawał roboty. Z poniższych postów wyłania się soczysty i pełen na prawdę ciekawych skojarzeń obraz terenu, który można określić słowem „midware”.

Czy rzeczywiście dialog?

by

Odniosę się tym razem do wpisu Marcina nt. dialogu. Uczeń Marcina, gimnazjalista napisał: „”Komunikatory internetowe zabijają naszą realność, w Internecie możemy się kreować na kogoś, kim tak naprawdę nie jesteśmy”, a Marcin uznał to za trzeźwy punkt widzenia. I – żeby potraktować młodego człowieka poważnie – nie przemilczę. Tym bardziej, że ten trop myślenia gimnazjalisty jest dosyć częsty, wielokrotnie spotykałam się z nim na przykład prowadząc zajęcia dla nauczycieli w ramach podyplomowych studiów z wiedzy o kulturze . Nie mogę też uciec od wizji szkolnych strategii przetrwania, kiedy pisało się rzeczy, które – jak się wydawało – są słuszne z punktu widzenia nauczycieli, szkoły i w ogóle „systemu” (choć nie posądzam gimnazjalisty o koniunkturalizm). Nasuwa mi się pytanie  (pozornie tylko  naiwne i kojarzące się z nastoletnim kryzysem tożsamości) – a kim „naprawdę” jesteśmy i kto lub co o tym decyduje? Nie jest to bowiem pytanie spoza zasadniczego toku mindware’owych rozważań. Nie sądzę, żeby komunikator zabijał (moją )realność, bo ona się składa z wielu pięter / poziomów. To podstawowe i często powtarzane uproszczenie – że komunikacja face to face jest bardziej szczera i prawdziwsza jako rzekomo niezapośredniczona. Sporo pisał o tym złudzeniu „prawdziwego” ja, rzekomo wyłączonego z odgrywania ról Erving Goffman (żeby przywołać dość oczywistą w tym kontekście książkę „Człowiek w teatrze życia codziennego”). Zarówno esemesy, jak i czaty, jak i rozmaite fejsbuki nie zabijają dialogu, tylko go wzbogacają, bo są jego odmiennymi instancjami., rozgrywają się na innych poziomach. W życiu codziennym także mamy wielu znajomych i przyjaciół, i nie każdemu powierzamy najgłębsze tajemnice – w świecie internetowych portali możemy mieć po 500 znajomych, ale to nie znaczy, że z wsyztkimi musimy utrzymywać głęboki kontakt przez cały czas! Często wystarcza (ba, nawet jest przyjemne) poczucie, że współdzielimy jakiś rodzaj przestrzeni.

Problem nie tkwi w samych esemesach, tylko w tym, że współczesna szkoła rzadko bywa dla uczniów przestrzenią dialogu. Sądzę, że więcej dialogu młodzi ludzie odnajdują dzisiaj w sieci (w tym w takich miejscach, jak osławiony 4chan, gdzie raczej nie chciałbyś, Marcinie zaglądać 🙂 niż w swoich szkołach. Nie szukajmy więc winnych tam, gdzie ich nie ma. Kontakty w szkole są face to face, ale to nie zmienia faktu, że nie jest to żadne dialog (najczęściej). W ogóle zanim zaczniemy wyrokować, co zabija realność i co wywołuje w psychice młodych ludzi, warto sięgnąć do badań. Jest raport, który prezentuje te wszystkie formy dialogu w przestrzeni sieci, które niektórym wydają się zubożeniem albo zabiciem realności. Czytałam ten raport z olbrzymim zainteresowaniem.

Dla mnie obecnośc na Facebooku, którym zresztą często się gardzi za różne rzeczy albo się go nienawidzi za różne rzeczy :-), jest przede wszystkim jednym wielkim laboratorium dialogu. Namacalnie (choć brzmi to dziwnie w kontekście specyficznej ontologii cyfrowych obiektów)) i realnie przesuwają się przed oczyma setki urwanych myśli, linków do artykułów, czyichś poglądów. Z niektórymi głęboko się nie zgadzam – co ciekawe, ile razy odważyć się na taką nawet dosyć ostrą dyskusję, to w końcu przynosi bardzo korzystne efekty, w postaci akceptacji tych często demonizowanych Innych (a każdy ma swojego Innego). Wydaje mi się, że problem z głosami tak fundamentalnie krytycznymi wobec tych form dialogu często polega na tym, że są to głosy osób nie korzystających z tyhh narzędzi, albo korzystających w bardzo niewielkim stopniu. To tak, jak z projektem Paolo Cirio i Alessandro Ludovico, „Face to Facebook – Hacking Monopolism Trilogy”, który zdobył wyróżnienie na tegorocznym Ars Electronica w Linzu i jest także pokazywany w ramach Unsound w Krakowie – jest bardzo naiwny i zupełnie pozbawiony ostrza krytycznego (choć w tytule posłużono się Wielkimi Słowami) i w deklaracjach autorów ma to być projekt niezwykle krytyczny). Każdy, kto trochę „posiedzi na fejsie” dobrze wie, że właściciele profili posługują się nie tylko zdjęciami swoich własnych twarzy, często posługują się np. zdjęciami postaci z ulubionych gier albo w ogóle dość abstrakcyjnymi strategiami wizerunkowymi. Sądzę, że w tym przypadku zabrakło pewnej rzetelności w podejściu do przedmiotu.

kwestia dialogu jest zatem bardziej skomplikowana, zwłaszcza, jeśli włączymy uwarunkowania software’u, który ktoś przecież zaprojektował – ale czy to oznacza, że jesteśmy w nim więźniami? Upieram się, że jednak niezupełnie. Hakowanie także ma różne oblicza.

Uczeń gimnazjum nt. dialogu

Na jednej z gier wartości w gimnazjum nauczycielka wygrzebała wprawkę jednego ze swoich uczniów nt. dialogu. Miała być teza + argument, koniec ćwiczenia. Wyszło ciekawie i bardzo a propos tego, o czym tu piszemy. Polecam ten trzeźwy punkt widzenia dla małego odświeżenia naszej dyskusji, ale również jako próbkę myślenia młodych ludzi o tym, co ich otacza. Bo oni myślą 😉

Dominik Niedziałek
kl. III E Gimnazjum nr 19 im. Józefa Czechowicza w Lublinie

Telefony komórkowe, komunikatory internetowe i inne osiągnięcia techniki – ułatwienie czy utrudnienie w porozumieniu?

Dialog jest podstawową formą komunikacji. Porozumiewanie się buduje między ludźmi relacje i więzi oraz, jak twierdzi Józef Tischner: „człowiek łączy się z człowiekiem za pośrednictwem dialogu”.

Dzięki zadawanym pytaniom i odpowiedziom uzyskanym w toku porozumiewania się, każdy z nas tworzy indywidualny obraz osoby lub sytuacji. Tischner dodaje również, że dialog jest przynależny tylko ludziom i nie może on utworzyć się pomiędzy drzewami, kamieniami czy przedmiotami codziennego użytku. Jeżeli zadajemy pytanie oznacza to, że oczekujemy odpowiedzi, dlatego też moim zdaniem zarówno telefony komórkowe, komunikatory internetowe i inne osiągnięcia techniki utrudniają porozumiewanie się.

Kluczowym argumentem, który potwierdza postawioną przeze mnie tezę, jest twierdzenie wielu pedagogów, psychologów, socjologów i humanistów, że od komunikacji werbalnej ważniejsza jest komunikacja niewerbalna. Komunikacja niewerbalna to między innymi gesty, mimika, spojrzenie, reakcje fizjologiczne organizmu jak czerwienienie się, pocenie, tiki nerwowe i tym podobne. Popularne dzisiaj esemesy to wiadomości, które często możemy błędnie odczytać, jeżeli nie widzimy realnej osoby, która daną wiadomość nam przesłała, Pomimo uśmiechniętej emotikonki nadawca może być zdenerwowany lub smutny. Dzięki mowie ciała możemy prawidłowo odczytać taką informację. Esemesy są także często zbyt krótkie, błędnie napisane gdzieś w pośpiechu i w żaden sposób nie pielęgnują dialogu.

Komunikatory internetowe zabijają naszą realność, w Internecie możemy się kreować na kogoś, kim tak naprawdę nie jesteśmy. Częstym problemem przy tego typu urządzeniach jest też brak kontaktu fizycznego czyli dotyku. Dotyk, spojrzenie a nawet zwykła zabawa włosami czy drapanie się – to wszystko może powiedzieć więcej niż słowa.

memrystor jak mind: zintegrowana procesoro-pamięć

W ramach projektu DARPA powstał nowy typ hardware: memrystor. To nanoautomaty, które potrafią zarówno magazynować dane, jak i dokonywać na nich prac obliczeniowych. Patrząc perspektywicznie na ich możliwości można zacząć sobie wyobrażać zastąpienie dotąd rozdzielonego układu jednostka obliczeniowa + jednostka magazynująca zintegrowaną procesoro-pamięcią. Dla naszej midnwareowej wyobraźni to znak, że poziom hardware w swoim naśladownictwie konstrukcji neuronalnych przełamał kolejną barierę. Memrystory otwierają zupełnie nową przestrzeń i możliwości dla projektantów sztucznej inteligencji.
Co ten fakt oznacza dla naszej refleksji nad mindware? Jak dla mnie radykalną zmianę pozycjonowania tej kategorii bliżej software, czyli opowiadania jej jako możliwości autoprogramowania człowieka i kultury, sprzężenia rzeczywistości symbolicznej z logiką kodowania cyfrowego. Należy uznać, że od strony hardware mamy dostęp do infrastruktury sztucznej neuronalności, a zatem jesteśmy u progu budowania sztucznego mózgu. Tym bardziej priorytetową potrzebą staje się dla mnie kulturowe prześwietlanie hardware: rozumienie kodów elektryczności, cyfrowości, neuronalnych. Mindware to projekt krytycznej dekonstrukcji relacji hardware-software, klin kultury i społecznej wyobraźni wbity pomiędzy te dwa filary cyberświata.

2 punkty osobliwe

Kolejne 2 powody mojego zdumienia, z którego nie mogę się otrząsnąć, ani jego implikacji uchwycić, to 2 punkty osobliwe w rozwoju relacji technika / wiedza / człowiek:

1. Że pojemność zasobów ludzkiego czasu nie jest w stanie wchłonąć oferty jego spędzania opartej na nowych technologiach. Ten silnik napędzania biznesu już wyczerpał chyba swój potencjał napędzania rozwoju. To punkt może hipotetyczny, ale realny. Ja go przekroczyłem po kupnie aparatu cyfrowego, który zniszczył moje fotograficzne hobby. Po prostu fotek mam już tyle, że mam tego dość. Nie jestem w stanie ich przebierać, sortować, oglądać. W gazecie widziałem reklamę – może już o tym pisałem – o terabitowym dysku, na którym „możesz zgromadzić milion zdjęć z wakacji”. Ich 1-sekundowe oglądanie trwa dłużej niż urlop. Dysk już jest, proszę bardzo.

2. O drugiej rzeczy, która mnie uderzyła, wspomniała Anna Nacher na konwersatorium – że trochę trudno się teraz habilitować, bo po zakończeniu pracy automatycznie jest już ona nieaktualna. Tyle się wydaje nowości, że naukowiec-specjalista nie nadąża. O tym czytałem też a propos fizyków. Niesamowite. Czyli „balon Babel” jest faktem. Ucieczka ludzkich galaktyk doprowadziła do takiego oddalenia się – nie wiem czego od czego – że przekroczyliśmy jakby nasz umysłowy zasięg, tzn. nie da się już „polecieć i wrócić” z czymś. Można tylko lecieć do wyczerpania paliwa. Współczesna wiedza to bilet w jedną stronę.

Robot czworonożny

To Big Dog firmy Boston Dynamics. Wizerunek tego robo-stworzenia przysłał Vasilij Macharadze jako przykład dzieła inspirującego w obszarze sztuki. Wciąż nie wiem, dlaczego, ale natrafiłem parę dni temu na newsa o nowym prototypie Alpha Dog. Obejrzałem film i nie mogłem się od niego uwolnić. Wciąż nie wiem, dlaczego.

Tak wygląda Big Dog, według mnie robi większe wrażenie niż Alpha

A to Alpha Dog:

A to link do info: http://wiadomosci.onet.pl/nauka/szykuje-sie-rewolucja-w-transporcie-pies-alfa,1,4870675,wiadomosc.html

Mój syn 8 lat, który kiedyś zobaczył w dzienniku człekokształtnego robota i się przestraszył, na widok Alhpy od razu się rozpłakał. Toleruje Voldemorta, Piratów z Karaibów i Gwiezde Wojny, bo wie, że to fikcja, a tu – coś na prawdę łazi i może do niego przyleźć. Coś znajomego, ale nieludzkiego, niepsiego.

Ja po obejrzeniu tego filmu jestem w szoku. W sumie po wynalazku Gingera można się było domyśleć, że dojdzie do przeniesienia tej technologii na maszyny kroczące, ale ja jakoś o tym nie pomyslałem, a efekty przerosły moje ewentualne wyobrażenia. Fakt, że 2 facetów nie może Alphy przewrócić albo sposób, w jaki Big Dog radzi sobie na lodzie, są dla mnie nie do wiary.

Co to i po co jest mindware – take 1

Obecnie strategię naszego dyskursu porównałbym do sytuacji z filmu „Zadziwiająca praca umysłu”

Chodzi głównie o koniec/pointę. Fajnie, fajnie, TV, serwis informacyjny, ale jak przychodzi co do czego, to nie umiemy nawet uciec, utrata kontaktu z rzeczywistością.

Działamy na zasadzie „kot Filemon dziwi się światu”. Tymczasem prawda jest taka, że wystarczy wahnięcie giełdy, większe opady śniegu, brak paliwa czy wody i skoczymy sobie do gardeł (co w mikroskali widzimy w polityce i mediach, które walczą o ograniczone zasoby nas, naszych umysłów – jak ona zdewaluowała sensowność komunikacji).

Nastąpi wtedy radykalna manifestacja potrzeby zdobycia władzy/kontroli przez kogoś i szlag trafi ideały, artystów, profesorów, animatorów kultury itd. Dialog rozprasza relacje w władzy, upowszechnia empatię, mobilizuje nas do lepszego wyrażania potrzeb i słuchania potrzeb innych.

Zarówno do tego, aby w kryzysowej sytuacji sobie poradzić z dzieleniem tego, co jest, a także aby odnaleźć rezerwy rozwojowe w synergii, a nie w konkwiście, potrzebujemy przyjrzeć się, co mamy w głowach i jak jesteśmy przysposobieni do dzielenia się tym, korzystania z tego, szukania w tym nowych, zadziwiających i pożytecznych  związków.

Wyobraźnia cyber (którą traktuję na równi z każdym innym rodzajem wyobraźni mającym swoje źródło w naszym otoczeniu, pracy zwyczajach…) pozwala nam uchwycić ten problem, bo jest to problem „informatyczny”: jakich „protokołów” zacząć używać, żeby lepiej korzystać z tego potencjału? Te brzydko nazwane „protokoły” to właśnie mindware: zrozumiałe mówienie, aktywne słuchanie, zarządzenie swoimi intencjami itd. Oczywiście wszystko to można obejrzeć również na poziomie technologicznym czy artystycznym i nie tylko. W każdym razie, na pewno sztuką jest te patetyczne „najważniejsze sprawy” sprowadzić na niższe poziomy, zobaczyć globalne w szczegółach i wąskich kontekstach, codziennym życiu.

Zależy mi, żeby nasza obecna stabilizacja okazała się owocem jednak jakiegoś wewnętrznego rozwoju ludzkości, a nie wyłącznie zapewnienia jej części bezprecedensowego w skali historii dobrobytu (który np. może się skończyć, kiedy po ten dobrobyt zgłoszą 2 miliardy wykluczonych i niezadowolonych).

Pojęciowy odlot

Cieszę się z nowych głosów na blogu, zdaje się, że głosów rozsądku. Odniosę się tylko do jednego, póki co. Anna Maj pisze:

„Jak dotąd pojawiło się tu kilka propozycji rozumienia mindware, wśród których część pokrywa się z innymi terminami, które w sposób wystarczający w moim odczuciu opisują świat. Inteligencja konektywna, cyberkultura, wikinomia, oprogramowanie, kultura komputerowa – to tylko niektóre. Co więcej widzę tu również znaczenia, które równie dobrze oddają terminy “starszej generacji”, takie jak: umysłowość, emocjonalność, inteligencja zbiorowa”

oraz

„jeśli wszystko jest mindwarem, po co nam takie pojęcie”

– Zgadzam się całkowicie. Uważam, że koleżeństwo czasem odlatuje w swojej słowotwórczości. Miałem to samo na studiach. To jest jakiś rodzaj twórczości poetyckiej, który po prostu sprawia ludziom przyjemność. Natomiast w celach pozostania przy meritum, wolałbym, żebyśmy wkładali wysiłek w użycie już istniejących terminów. To jest część mindware’u w moim rozumieniu tego pojęcia.

Uważam też że warto myśleć nie tylko w kierunku „co jeszcze słowo mindware może znaczyć i się komuś z czymś kojarzyć”, ale także do czego może być przydatne, w jaką niszę się wpasowuje, w której dotychczas wygodnego pojęcia nie było. Pojęcie „mindware” to w moim przekonaniu narzędzie, dla którego trzeba określić najlepsze zastosowanie (praktyczne), a nie rozmydlać je w niekończących się semantycznych dylematach.

Jeżeli chodzi o moją propozycję w tym kontekście, to „mindware” obejmuje „brakujące współcześnie kompetencje komunikacyjne” – czyli brakujące w odniesieniu do techniki jak również do intensyfikacji komunikacji międzyludzkiej, która jest i gęstsza, i bardziej skomplikowana i szybsza, więc musi być lepsza. Pytanie, w jaki sposób lepsza? To jest moje pytanie dla mindware’u.

Mindware – bazodanowy moloch globalnej korporacji

Różnią nas bardzo paradygmaty poznawcze. Upieram się przy tym i będę raczej mówił o wpływie „techniki” (a nie technologii) na „kulturę”, a właściwie o ich symbiozie, w której technika wyraźnie determinuje nie tylko zjawiska kulturowe i społeczne, ale i procesy kognitywne. Nie sądzę, że są one mniej opresywne od analogowych – wprost przeciwnie: poraża mnie opresywność niektórych hipertekstowych interfejsów, wliczając w to Facebooka. Postaram się to wyjaśnić podczas mojego wykładu.

Pokażę również jak groźny dla tożsamości jednostki jest coraz bardziej popularny paradygmat ubicomp. Przedstawię też społeczne działania, które dekonstruują zdecydowanie pozytywną i opartą na postmodernistycznych tezach wizję cyberkultury. W beztroskim remiksowaniu widzę raczej symptom upadku cywilizacji niż pozytywną wartość. Nie jestem przy tym zwolennikiem Andrew Keena – wprost przeciwnie: jako wydawca opublikowałem wiele rzeczy na licencji Creative Commons z powodów czysto ideologicznych i praktycznych zarazem. Twierdzę również, że nie istnieje „kompatybilność różnych form medialnych“, a tym bardziej interfejsów, a swobodne nimi zarządzanie to raczej projekt niż rzeczywistość. Zresztą, w jaki sposób miałby tym zarządzać zwykły użytkownik interfejsu, gdy sam jest „zarządzany“ przez korporacyjnie tworzone rozwiązania?

Ciągnąc dalej problem przydatności i kierunku definiowania mindware, mogę – jako osoba, która wie czym jest projektowanie informacji – stwierdzić jednoznacznie, że infografia nie jest czymś płynnym w sensie (powiedzmy) filozoficznym, bowiem tego typu działania zawsze ukonkretniają pewne zestawy informacji, które nie mają nic wspólnego z postulowaną tutaj „multitranslacją“. Muszą być zrozumiałe dla odbiorcy, choć niekoniecznie w prymitywny sposób. W tym całe piękno interakcji. Trzeba jednak nauczyć się tego języka, nie ma mowy o przekładzie, w którym „zagubione w tłumaczeniu“ może zablokować komunikację. Bardziej wydajna od translacji jest zgodność ze standardami, a czasem nawet sama podatność na ich walidację.

Nie wierzę również w mindware jako swoiste „oprogramowanie kapitału społecznego“. W ogóle nie mieszałbym tego z jakimś użytkowym software. Widzę raczej to mindware jako niezwykle skutecznego wirusa, z którym musimy sobie jakoś poradzić, najlepiej przy pomocy tych samych narzędzi, które go wyprodukowały. Taka operacyjna wiedza o ekosystemie i oparte na niej procedury, mogą stać się społecznym kapitałem. Problemem są dla mnie nie definicje, ale jak mądrze używać nowych mediów nie tylko dlatego, że istnieją i można z nich korzystać. Twierdzę również, że algorytmy istnieją nie tylko potencjalnie, ale mają bardzo realne ukonkretnienia – czasem są nawet podstawą świetnego biznesu. Trzeba poruszyć ten wątek biznesowy, gdy zabieramy się do pracy z mindware. Od algorytmów zależy dziś nie tylko przyszłość ekonomiczna świata, ale również kształt wiedzy, strategie poznawcze i mądrość następnych pokoleń. Ten pedagiczny wymiar mindware trzeba również wziąć do serca.

Kompetencje nowomedialne nie rodzą się wyłącznie ze społecznego uczestnictwa w cyberkulturze. Związane są ściśle ze znajomością kodów, ich umiejętnym stosowaniem lub opanowaniem sztuki ich pisania. Stopień znajomości kodów może prowadzić do istotnych podziałów społecznych już w niedalekiej cyberkulturowej przyszłości: na właścicieli interfejsów i baz danych, netokrację i cyfrowy plebs. Widać to wyraźnie: więcej w tym technologicznej determinacji niż Deleuze’jańskiego optymizmu. Podsumowując: do tego, aby aby się dziś naprawdę zrozumieć, musimy posługiwać się wspólnym kodem, obojętnie czy będzie to C++, Action Script czy inny sztuczny język oparty na naturalnym angielskim. Tym samym nie przekonuje mnie paradygmat sieci jako nowej wieży Babel.

Powstaje oczywiście pytanie, czy człowiek ma ulec jakiejś transgresji, by jako ograniczony byt biologiczny ze stosunkowo niewielkimi możliwościami poznawczymi sprostać nowym wyzwaniam i dostępnemu ogromowi danych. Nie wiem, czym może się to różnić od czasów analogowych – biblioteki też bywają wielkie i niemożliwe do percepcji. Gdy dochodzimy do takiego miejsca w rozważaniach, zwykle próbuje się zdefiniować pojęcia, takie jak „dane“, „informacja“, „wiedza“ i „mądrość“ jako kolejne stopnie wtajemniczenia w proces epistemologiczny. Z jednej strony ograniczenia percepcyjne są w pewnym sensie zaletą homo sapiens, który (by przetrwać w zmiennym środowisku) z jednej strony nieustannie włącza percepcyjne filtry, a z drugiej ewolucyjnie rozwija zmysły, tworząc również ich ekstensje. Skonstruował maszyny do przetwarzania i kolekcjonowania informacji, a potem kolejne – do przetwarzania dużych zbiorów danych, które ekonomizują bazodanową rzeczywistość. W pewnych ujęciach teoretycznych (kognitywistyka, psychologia ewolucyjna, socjobiologia) kulturę definiuje się jako nadmiarowy system informacji, który sprzyja przetrwaniu gatunku. W takim ujęciu na przykład literatura czy kino (jako narracyjne czy spekulatywne nośniki informacji o potencjalnych zachowaniach w środowisku) mają swoją bardzo wyraźną funkcję – redundancja służy adaptacyjnemu rozwojowi wyobraźni, która pozwala na przewidzenie przyszłych wydarzeń w wyniku analizy danych. Służą one do rozpoznania niebezpieczeństw i planowania działań stada. Wrócę jeszcze do tego wątku w czasie konferencji. Jeśli zdefiniujemy mindware jako proces przetwarzania takich nadmiarowych danych, które konieczne są do przetrwania gatunku, to trzeba będzie zająć się również ekologią mediów.

Kiedyś podstawowym problemem antropologii było tworzenie baz danych – zapis  i obróbka materiału z badań terenowych. Dziś bazy te istnieją samoistnie. Do pełnej ich wersji mają jednak dostęp tylko nieliczni. Nie należą do nich przedstawiciele nawet renomowanych instytucji opłacanych z funduszy publicznych. Google czy Facebook są najbardziej oczywistymi przykładami takich korpusów językowych całej zmediatyzowanej ludzkości, która przynależy (również socjologicznie) do przestrzeni cyberkultury. Dokładność rozpoznania aktulnego stanu i wewnętrznych relacji kulturowych czy ekonomicznych zależy od dokładności próbkowania oraz zakresu i ilości zgromadzonych danych. Istnieje nawet osobna dziedzina, która zajmuje się wyłącznie analizowaniem takich dużych zbiorów danych o działaniach ludzi w sieci, którymi to zbiorami dysponują rządy i globalne korporacje – information retrieval z niezwykłymi narzędziami i specyficzną metodologią. To jest dopiero MINDWARE! Nigdy nie będziemy mieć do niego dostępu jako pracownicy państwowych uczelni. Co więcej, będziemy przez ten mindware neurostymulowani, żeby pisać o nim w możliwie niezrozumiały sposób.